Od zespołu redakcyjnego
Witamy w WCWI! Nasi Czytelnicy mają dostęp do ogromnych zasobów artykułów, zdjęć, porad i ankiet. Użytkownicy mogą włączyć w bogate życie Wędkarskiego Centrum Wymiany Informacji. Stworzono w portalu wiele możliwości interaktywnej komunikacji, komentarzy czy wyrażania własnych opinii. Wystarczy tylko chcieć!
     * Istniejemy od 26 lipca 2001 r. * To już 4441 edycja WCWI! *
Advertisement
 
Interaktywnie na WCWI
Start
Trybuna Ludu
System Forów
Galeria fotograficzna
Linkownia
Tablica ogłoszeń
Przewodnik po portalu (FAQ)
Katalog główny artykułów
Start
Formy dziennikarskie i literackie
Wędkarz i ekosystem
O rybach dla wędkarzy
Metoda spinningowa
Metody gruntowe
Wędkarskie obsesje
Sztuczna muszka
Politechnika wędkarska
Wielki Informator WCWI
Turystyka wędkarska
Wędkarskie Kroniki
Start arrow Formy dziennikarskie i literackie arrow Opowiadania arrow Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
   
 
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego Drukuj E-mail
Formy dziennikarskie i literackie
Opowiadania
Napisał(-a) Krzysztof Piwoński *Piwoniusz*   
dnia 25.02.2011

Historia zdarzyła się w późną jesienią 1983 roku i przez prawie 30 lat ciągle ją wspominam jako "Tajemnicę Zalewu Zegrzyńskiego XX wieku". Liczę, że po upływie 50 lat pewne materiały zostaną odtajnione i świat dowie się jak to było naprawdę.

Latem 1983 roku został zniesiony stan wojenny oraz godzina milicyjna (od 22 do 6 rano) i wreszcie można było wyskoczyć po północy z łóżka od sąsiadki albo o świcie na rybki. Zwykle jeździłem wtedy pospinningować nad Zalew Zegrzyński do Serocka. Była tam przystań z dużymi, wygodnymi łodziami wędkarskimi otwarta od 6 rano. Niestety o 6 rano zazwyczaj stało już zaparkowanych kilka aut i 4 razy tyle wędkarzy. W weekendy grubo przed 6 nie było ani jednej wolnej łódki. Wtajemniczeni znali sposób na otwarcie wiaty nawet o 4 rano. Potrzebna była ćwiartka wódki i ochotnik na porannego dziabąga. Przystaniowy mieszkał 200 metrów od przystani i był zupełnie nieprzekupny nawet o świcie. Nie reagował ani na sławę, ani pieniądze czy koniaki. Miał jednak słabość, którą odkryli koledzy mojego wujka - nie odmawiał potrzebującemu szklanych naczyń i towarzystwa.

Zwykle wyglądało to tak: "Puk, puk ... łup, łup, łup ... Panie Zdzisiu, przepraszam, że budzę przed 5-tą, ale ziąb taki, że chcielibyśmy coś na rozgrzewkę wypić zanim pan otworzy ... a tu taki pech - nie mamy żadnej szklaneczki". Na to pan Zdzisiu wychodził na ganek w piżamie ze szklanką w ręku. Wtedy należało wlać połowę ćwiartki do szklanki i wznieść jakiś toast. Pan Zdzisiu, jako człek kulturalny, łapówek nie przyjmował, ale nigdy nie odmawiał towarzystwa i wychylał zawartość szklanki za pomyślność Armii Krajowej albo Solidarności. Po czym zmiękczony dawał klucze od wiaty na łódki z przykazaniem, żeby za 5 minut odnieść. W ten sposób, przed otwarciem przystani o 6, wszystkie 10 łódek było już wypożyczonych, a pan Zdzisiu zanim wstał na dobre z łóżka był wstawiony jak o północy na weselu. Zwykle ten co szedł po klucze miał później niesamowite brania.

Pamiętam jedną wyprawę z wujkiem i na miejscu okazało się, że jego koledzy tego dnia zorganizowali zawody spiningowe. Każdy chciał wygrać nowy kijek z kołowrotkiem, więc nie było chętnego, który pójdzie po klucz. Szybkie losowanie i padło na gościa, z którym miałem być razem na łódce. Wrócił po 10 minutach na miękkich nogach, bo okazało się, że tym razem pan Zdzisiu, uprzedzony o zawodach, postanowił się zrewanżować i sam czekał z półlitrem dopingu na ganku. Mój partner pewnie niewiele pamięta z tych zawodów, bo wypić duszkiem bez zakąsek na czczo o 4 rano butelkę wódki, może każdemu zrobić Altzhaimera na dwa dni. Ja natomiast cały dzień spędziłem na łodzi walcząc o przetrwanie bardziej niż szczupaki na tych zawodach.

Zaraz po odbiciu od przystani mój towarzysz postanowił zdjąć kurtkę, bo go ciepło rozbierało. Wstał z ławeczki, rozpiął kurtkę oraz niechcący pasek od spodni po czym spadły mu dżinsy, on przewrócił się na mnie, a ja prawie wypadłem za burtę. Przez następne 2 godziny siedziałem z głową pod ławeczką bo błystki partnera uzbrojone w solidne kotwice śmigały o milimetry od moich uszu. Co 5 minut wyciągał mnie spod ławki okrzyk: "Krzysiu bierz podbierak!!! Mam wielkiego szczupala!!!" Zanurzałem siatkę w wodzie i po chwili okazywało się, że tak dzielnie walczyła duża kępa wodorostów. Zmęczony unikami i podbieraniem całego zielska z zalewu czekałem z niecierpliwością na koniec zawodów. Podpływaliśmy już do przystani licząc na ostatnie miejsce, kiedy mój partner znowu coś zaczepił. Na jego okrzyk: "Krzysiu, podbierak!!!" odparłem doprowadzony do ostateczności: "A pierdol sie pan... znowu gówno pan ciągniesz, a papieru toaletowego w sklepach brak". Ku mojemu zdziwieniu wyciągnął na windę olbrzymiego, spasionego okonia, dobrze ponad 40 cm. Wygrał zawody! Drugie miejsce zajął ledwie wymiarowy szczupaczek, a ja dostałem proporczyk dla najlepszego teamu zawodów.

Zalew Zegrzyński w okolicach Serocka znaliśmy jak własną kieszeń. Praktycznie każdy weekend lata i jesieni spędzaliśmy na szukaniu drapieżników od ujścia Bugu aż do Zgorzelca. Głównie brały duże okonie i małe szczupaki. Największe esoxy dochodziły do 70 cm - nigdy większe. Czasami któryś z nas odkrywał zgrupowanie drapieżników i takie miejsce dostawało swoją nazwę, np. "pod trzcinkami", "za mostem" albo "dołek po drugiej stronie". Najczęściej jeździłem do Serocka z moim wujkiem Wacławem. Pracował w Zakładach Mechaniki Precyzyjnej i zrobił dla mnie mój pierwszy prawdziwy spinning. Poprzedni spinning dostałem od innego wujka i był wykonany z metalowej szpady osadzonej w solidnej drewnianej rękojeści wyrzeźbionej z nogi od krzesła. Ważył nieco więcej od młotka, więc zabierałem go zawsze na wycieczki po kraju w celu samoobrony. W tamtych latach najpopularniejszymi przynętami spiningowymi były wahadłówki. Obrotówki krajowe nie obracały się natomiast pudełko 5 Meppsów z Pewexu kosztowało pół średniej miesięcznej pensji. Brat cioteczny - Piotrek był posiadaczem 2 prawdziwych Meppsów oraz wędki i kołowrotka z Pewexu. Zdobył je przez wyjątkowe poświęcenie - ożenił się. Dostał w prezencie ślubnym m.in. 100 dolarów, które zainwestował w sprzęt sportowy. Oczywiście prezenty materialne typu garnki i talerze przekazał małżonce, żeby było sprawiedliwie. Wędka i kołowrotek z Pewexu firmy ABU ma istotne znaczenie w mojej opowieści, bo gdybym nie miał wtedy zacinającego się, ruskiego Delfina... nie byłoby tej historii.

* * *

W piątek wieczorem zatelefonował do mnie Piotr, że jest na przepustce z wojska, rozmawiał już z wujkiem Wacławem i jadą o świcie do Serocka na szczupaka. Zanim odłożyłem słuchawkę już nalewałem kawę do termosu - wiadomo, pobudka o 2, a wyjazd o 3 w nocy, żeby o 4 być na przystani. Do dzisiaj bawi mnie wspomnienie tych spotkań na ryby. Środek nocy, miasto uśpione, ulice puste a tu z bramy wychodzi dziarsko wujek z okrzykiem: "A co wy nie śpicie? Robaki macie?". Okazuje się, że jedzie z nami jeszcze jeden wujek - Henio. On jedyny z nas robi C&R, bo ma alergię na ryby. W 1983 roku... prekursor normalnie. Zatem jest nas czterech. Bierzemy 2 łódki po cichu - wujek dorobił kluczyk do wiaty ze sprzętem. Na wodzie mgła taka, że nie widać drugiego końca łodzi. Ja siedzę na wiosłach, a Piotrek na kotwicy. Płyniemy pod drugi brzeg. Okropne uczucie płynąć w mleku, kiedy kompletnie nic nie widać dookoła. Straciliśmy kontakt wzrokowy i głosowy z ekipą wujków, ale wiosłuję dalej. Po 30 minutach łódź zaszurała o dno. Postanowiliśmy poczekać aż mgła opadnie, bo to kompletny bezsens rzucać na ślepo. Wyszło słońce, rozwidniło się i ujrzeliśmy przystań... 20 metrów od nas. Niebiosom niech będą dzięki - nie zabłądziliśmy. Naparłem na wiosła od nowa i tym razem z pomocą światła dotarliśmy pod drugi brzeg, gdzie wujkowie już biczowali wodę. Ustawiliśmy się poza zasięgiem ich błystek dokładnie tak jak na poniższej fotografii.

Znaliśmy to miejsce. Pomiędzy naszymi łódkami był spory dołek, z którego wyciągaliśmy na początku września duże ilości okoni. Wszyscy używaliśmy błystek obrotowych "Made in Wujek" zwanymi Gucio. To był taki nasz ulepszony Mepps, ale z dużym korpusem w żółto-czarne paski - dlatego Gucio... ten truteń od pszczółki Mai. Rzucaliśmy dla zabawy w kierunku łódki z wujkami, więc co chwila padały żartobliwe komentarze: "Smarkacze, wasze matki to chyba jakieś wariatki, że pozwoliły wam jechać na ryby". Oczywiście odpowiedzi były w rodzaju: "A wasze siostry zmieniły nazwisko jak zaczęli o was pisać w Wiadomościach Wędkarskich". W tym momencie żarty się skończyły, bo wujek Henio zahaczył coś sporego, kij wygiął się w półkole i nawet na naszej łódce usłyszeliśmy wizgot kołowrotka - ryba uciekała... to było dużo większe niż 70-centymetrowy szczupak. Henio (ten wujek był starszy od nas zaledwie o kilka lat więc byliśmy po imieniu) wstał z ławeczki i zaczął siłowy hol. Za chwilę nad powierzchnię wyskoczył gejzer wody i stało się oczywiste, że holuje nieprawdopodobnie wielkiego szczupaka. Wyciągnęliśmy błystki z wody i patrzyliśmy na widowisko. Co chwila fontanna wody i szczupak coraz bliżej łodzi. Był już niedaleko podbieraka i nagle wędka wujka wyprostowała się... szczupak przegryzł żyłkę i poooooszedł. Wszystko rozgrywało się na naszych oczach – co za emocje. Henio tylko krzyknął: "Uważajcie na siebie smarkacze... tu są rekiny". Mija 10 minut i drugi wujek ma branie - od razu widać po wygiętej wędce, że znowu duży szczupak. Wujek Wacław ma solidny sprzęt z mocną żyłką - nigdy nie dawał szansy szczupakom na wyskoki. Ma zasadę - rybie popuścisz to ją wypuścisz. I znowu oglądamy z Piotrkiem niesamowite widowisko. Tym razem szczupak jedzie po powierzchni jak ślizgacz wzbijając co chwila fontanny. Wujek wierzy w moc żyłki i nie przestaje agresywnie prowadzić ryby coraz bliżej łodzi. Szczupak jest potężny - widać po rozbryzgach, że to kawał wielkiej ryby. Wujek krzyczy do nas: "Macie wystarczająco miejsca w bagażniku?" ... i w tym momencie pęka żyłka. Coś nieprawdopodobnego. Dwie naprawdę duże ryby w ciągu kilkunastu minut, walka na jaką się czeka miesiącami i obie ryby wygrywają ze starymi wygami. Chwila na papierosa i wymianę uwag.

Wujkowie chcą zmienić miejsce, bo tu już nic nie weźmie po takich manewrach. My uważamy, że to dobre miejsce skoro biorą i może za chwilę jeszcze coś się trafi. Mija pół godziny bezowocnego zwijania Gucia i kiedy zaczynam się przekonywać do zmiany miejsca... mam uderzenie! Od początku wiem, że to duży szczupak - idzie ciężko i co chwila targa łbem, aż moja wędka robi ukłony szczytówką do wody. Powoli nawijam żyłkę, Piotrek wyciągnął swoją wędkę i jest gotowy do użycia podbieraka. Idzie ciężko jak worek, ale wiem że to ryba, bo wędka co chwila gwałtownie się ugina. Nagle kilka metrów od łodzi ryba wychodzi z głębi i widzimy go dokładnie pod samą powierzchnią - jest olbrzymi. Pozwala doprowadzić się całkiem blisko po czym nurkuje pod łódkę... a ja za nim - hamulec w moim Delfinie zaciął się! Nie wiem co robić, po prostu trzymam wędkę, którą ciągnie pod łódkę jakaś niesamowita siła. I nagle luz, a Piotrek ciągnie mnie za pasek w spodniach, bo jestem wychylony z łodzi bardziej niż ustawa przewiduje. W emocjach pewnie wypadłbym z łódki, ale nie wypuścił wędki z garści. Cholerny kołowrotek Delfina pokazał, że nadaje się tylko na płotki. Do dzisiaj mam ten widok przed oczyma - wyłaniający się z głębi torpedowaty kształt w cętki, machnięcie ogonem, zejście pod łódkę, moja wędka aż po kołowrotek w wodzie i nagle traaaach... żyłka pęka – koniec walki.

Ocknąłem się po okrzyku z drugiej łodzi: "Krzysiu, biorą?". To była ryba życia, a ci żarty sobie robią. O mało nie wypadłem z łódki. Zapaliłem papierosa i usłyszałem: "Krzysiu, czy twoja mama wie, że palisz?" i kolejne śmiechy wujków. Nie dopaliłem do końca kiedy Piotrek krzyknął: "Mam coś". Jego wędka wygięła się w łuk, kołowrotek gwizdał, a on spokojnie nawijał. Holował zupełnie inaczej niż my - wiadomo, kołowrotek ABU z Pewexu. Ryba co chwilę uciekała, a on spokojnie trzymał napięte wędzisko. Męczył go może 5 minut - podciągał przez chwilę, a za moment gwizd hamulca i ryba odchodziła parę metrów. Kiedy wreszcie podprowadził go blisko łodzi, szczupak wywalił się brzuchem do góry, a ja miałem już zanurzony podbierak. Niestety za mały ... ta ryba była ze 3 razy większa niż średnica podbieraka. Powoli zagarniałem siatkę od łba - nagle szczupak rzucił się, fontanna wody opryskała nas, że nic nie widziałem i tylko poczułem, że coś wyrywa mi podbierak z rąk. Podniosłem i... był nasz. Sam wlazł do połowy siatki, a ja przerzuciłem go do łodzi. Wujkowie podnieśli kotwicę i podpłynęli do nas. Na dnie łodzi leżał ponad metrowy szczupak.

Wieczorem spotkaliśmy się całą rodziną u Piotra - była sobota, wesoło i było o czym dyskutować. Wtedy zaczęły się rozważania na temat tego dnia na rybach, czy to był jeden, wściekle głodny, wielki szczupak co porwał nam zestawy w ciągu godziny, czy dołek z czterema metrówkami? Do tej pory łowiliśmy na tamtych miejscówkach mnóstwo szczupaków, ale były to zwykle ryby po 50-60 cm. Często zdarzało się trafić dwa szczupaki z jednego miejsca, ale trzy nigdy. Bestia Piotra po zważeniu miała 9,5 kg. Wujek twierdził, że to był ten sam szczupak co pozrywał nam trzem błystki... tylko, że ten Piotra nie miał żadnej kotwicy w pysku. Do dziś zastanawiam się czy to był jeden, agresywny rozbójnik czy 4 metrówki w jednym dołku...

P.S. Tydzień później dzwoni telefon od Piotra: "Mam znowu przepustkę - jedziemy do Serocka?" Odparłem: "Daj sobie spokój. Złowiłeś rybę życia - nieprędko Ci się zdarzy znowu coś ładnego złowić". Następnego dnia pojechaliśmy. Piotr wyciągnął 2 szczupaki, a ja żadnego. Większy miał 105 cm.

Piwoniusz

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze.
Prosze zaloguj się i dodaj komentarz.

Komentarze
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Marian w dniu - 2011-02-25 10:33:47
Ale na końcu nie ma:"I w końcu się obudziłem!"
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez artur w dniu - 2011-02-25 11:08:25
No i poniższej fotografii też nie ma o dziwo ;) ;).
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez artur w dniu - 2011-02-25 12:02:17
A teraz już jest ;) ;).
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez bartsiedlce w dniu - 2011-02-25 12:30:50
Przedziwny przypadek, jest co opowiadać przez lata. Fajnie to ubrałeś w słowa. :)
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Hiljot w dniu - 2011-02-25 12:55:33
Dobre, bo z humorem, a ja jestem Wesoły. Pisz więcej Krzysztofie, bo Ci zmienię nick na... wiesz jaki?
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Piwoniusz w dniu - 2011-02-25 13:34:58
Marian, bo ta historia naprawdę się wydarzyła.
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez sandau w dniu - 2011-02-25 13:43:33
Trzeba wrócić i sprawdzić. :)
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Anguiler w dniu - 2011-02-25 14:01:12
Może jakieś zgrupowania drapieżników za białą rybą? 
 
W 2005 roku w Szwecji byłem świadkiem złowienia trzech metrówek jednego wieczora, choć nie pamiętam czy z jednego miejsca, ale na pewno nie daleko siebie.  
 
Opowiedziane super, znam te okolice więc tym bardziej się czułem jakbym tam był. Ja wiem, że takie w Zegrzu jeszcze są.  
 
Czekamy na więcej wspomnień Piwonousza :) 
 
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Marian w dniu - 2011-02-25 16:42:09
Wiem, Krzychu, podobają mi się Twoje opowieści. 
Przy "okazji" tragedii jaka była niedawno, widać jak dużo okazów jest w Narwi, Bugu i ZZ.  
Niestety, przykro się patrzy kiedy pływają już jako nieboszczyki.
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez wiech54k w dniu - 2011-02-25 17:36:31
Krzysiu, a to zdjęcie to zapewne ze zbiorów IPN i ma tytuł: Przemyt "bibuły" ze Stanów do Europy.
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez wiech54k w dniu - 2011-02-25 17:37:50
Gęby gdzieś wcięło ale dodam teraz :grin :grin :grin
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Piwoniusz w dniu - 2011-02-25 18:09:21
Wiesiu, to zdjęcie skleiłem z 4 różnych kawałków, żeby oddać najlepiej jak pamiętam sytuację, która się wtedy wydarzyła. Swoją drogą aż 4 gostków może mnie oskarżyć o plagiat. :roll Sprawdziłem więc na internecie co piszą o plagiatach. Okazuje się, że plagiat jest wtedy kiedy autor nie przyznaje się do skopiowania. Zatem ja się przyznaję, że podebrałem łódki, wodę i krzaki z internetu - niebo jest moje. Tak pozostał w mojej pamięci ten niezapomniany dzień. Swoją drogą właśnie wpadłem na inne wytłumaczenie tego zdarzenia niż sugerowałem (oba prawie niemożliwe) - ani jeden rozbójnik, ani czterech do brydża ... :grin
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez GLOTOX w dniu - 2011-02-25 18:32:55
:) pisz dalej
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez cinek w dniu - 2011-02-25 21:03:09
Świetnie napisane. Chyba trochę Ci się tęskni za starym krajem ?
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Piwoniusz w dniu - 2011-02-25 22:25:34
Cinek, oczywiście - nie trochę ale bardzo. Dopiero teraz w pełni rozumiem pisanie Mickiewicza, który tęsknił 
 
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, 
Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych; 
Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, 
Wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem… 
 
Ja też tęsknię ... 
 
Do jeziora tafli ukrytego w lesie, 
Gdzie wietrzyk poranny zapach rosy niesie; 
Do zatoczki z linami wyrzeźbionej w trzcinie 
Gdzie spławik z pióra nagle w toni ginie... 
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez kot_bury w dniu - 2011-02-26 00:20:02
Gwoli prawdy historycznej to godzinę milicyjną zniono 2 maja 1982r. Początkowo obowiązywała 22.00 - 6.00 później 23.00 - 5.00. Stan wojenny zawieszono 31 grudnia 1982, zaś zniesiono o godz. 24.00 z 21 na 22 lipca 1983.
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Piwoniusz w dniu - 2011-02-26 01:05:06
Dzięki, Kocie za precyzyjne dane - tak było jak piszesz. W opowiadaniu uprościłem ten proces specjalnie.
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez kot_bury w dniu - 2011-02-26 01:33:57
Godzina milicyjna miała pewną zaletę ;), gdyż rodziciele nie mogli wymagać powrotu z imprezy na noc :p
 
Skrócenie godziny milicyjnej służyło głownie władzy, gyż nie musiała wystawiać przepustek wszystkim pracującym w systemie zmianowym, a tylko pracownikom trzeciej zmiany. To dla młodzieży: I zmiana 6-14, II zmiana 14-22 i III zmiana 22-6. Oczywiście liczono godzinę na dojazd i powrót z pracy. 
 
Noc z 21 na 22 lipca 1983 pamiętam doskonale, było bardzo wesoło, ale to już na opowieści przy fince pozostawię.
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Anguiler w dniu - 2011-02-26 16:51:39
Kot jak widać optymista, co zawsze widzi szklankę pełną do połowy :grin
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez Avallone w dniu - 2011-03-02 22:58:35
Zdjęcie jak do artykułu o potworze z Lochness :) 
Naprawdę dobry materiał z dobrym tytułem a w tamtych czasach to ja ledwo od ziemi nieco odrosłem i chyba wędkę tylko na sucho w domu trzymałem a jeśli nad woda to na pewno nic nie złowiłem mając 5 lat gdyż pierwsze moje ryby datuje na czas kiedy miałem 7 lat :) 
Pozdrawiam :)
Tajemnica Zalewu Zegrzyńskiego
Dodane przez bysior w dniu - 2011-06-29 18:10:02
Krzysiek - czytałem z zapartym tchem, aż do ostatniej litery! Świetnie napisane, świetnie się czytało - emocje odczuwałem tak jakbym tam był i patrzył na wszystko z góry... Gratuluję pięknego opowiadania!  
 
Ps. Dobrze, że wesoły kompan nie wyrzucił Cię do końca z łódki! :) Bo kto by potem to opisał ;)

Powered by AkoComment 2.0!

 
 
 
Up Up
W portalu stosujemy pliki cookies w celach statystycznych. Korzystanie z witryny ze standardowymi ustawieniami przegladarki oznacza, że będa one umieszczane w Twoim urzadzeniu końcowym.
Kontynuacja przegladania portalu bez zmiany ustawień oznacza akceptację użycia plików cookies. Więcej w "Regulaminie korzystania z WCWI".